piątek, 28 września 2012

LACRIMOSA – Revolution (recenzja)



LACRIMOSA – Revolution

Hall Of Sermon (2012)



1.Irgendein Arsch Ist Immer Unterwegs
2.If The World Stood Still A Day
3.Verloren
4.This Is The Night
5.Interlude - Feuerzeug (Part 1) - Instrumental
6.Feuerzeug (Part 2)
7.Refugium
8.Weil Du Hilfe Brauchst
9.Rote Sinfonie
10.Revolution

    11 studyjny album zespołu stał się faktem 14 września. Odkąd dzięki wspaniałym audycjom Tomka Beksińskiego poznałem album „Stille” pokochałem ów duet bez reszty. Do dziś sakralne i transcendentalne piękno albumu „Satura” przyprawia mnie o ciarki, a trylogia „Stille”, „Elodia” i „Fassade” to jedne z najważniejszych albumów w moim życiu. Późniejsze dzieła szwajcarskiego zespołu szczególnie „Lichtgestalt” i „Sehnsucht” nie wzbudzały już we mnie tak ogromnych emocji. Choć trudno nazwać powyżej wspomniane albumy złymi, jednak płomień Lacrimosy zgasł we mnie. Najnowsze wydawnictwo „Revolution” ów stan rzeczy zmienia, ponieważ słucham go powtarzalnie nie tylko na bazie reminiscencji, oraz chęci powrotu do wspomnień o niezapomnianych audycjach Ś.P. Tomka Beksińskiego. Płyta jest zwyczajnie dobra. Jej jedyną wadą jest fakt iż jako całość jest niespójna, co dotąd zespołowi się nie zdarzało. Album rozpoczyna się pięknym interludium zagranym na pianinie otwierającym „Irgendein Arsch Ist Immer Unterwegs”, kiedy jednak wchodzą typowe dla Lacrimosy partie orkiestrowe, mocne gitary i charakterystyczny głos Tilo Wolfa nie sposób pomylic zespołu z żdanym innym. Kompozycja nawiązuje całkiem otwracie do niezapomnianej „Elodii”. Tradycyjnie gotycko wybrzmiewa „If The World Stood Still A Day” stając się niesłychanie przewydywalną piosenką budzącą konotacje z takimi pseudo-gotyckimi zespołami jak Within Temptation.Prawdziwą perełką jest kompozycja „Verloren” w której bogactwo muzycznego tła delikatnie pieści nasze uszy onirycznym katarynkowym motywem, orkiestrowymi wstawkami, oraz pojawiającym się niczym burza trashowym riffem. Kiedy w całość wplecione zostają dzwony uwiedziony wracam do krypty. W tych 7 minutach jest wszystko to co w gotyku kocham – emocje, nostalgia, mrok. Prawdziwe progresywne dzieło. Schematycznością prezentowanych w przeszłości własnych form twórczych rozczarowuje „Feuerzeug (Part 2)”, choć to naprawdę miły powrót do przeszłości. „Refugium” to przepiękna liryczna kompozycja wyśpiewana w towarzystwie jedynie ascetycznego fortepianu. Z pozoru tak niewiele,a na ciele pojawiają się ciarki. Art-rockowe zapędy zdradza 11 minutowa kompozycja „Rote Sinfonie”. Łatwo zbagatelizować ją i przejśc obok niej obojętnie. Jednak warto wsłuchać się w pięknie narastający temat przewodni, kąśliwe gitarowe riffy, tajemnicze pogłosy w tle, oraz epicką i dramatyczną historię opowiedzianą przez Tilo Wolfa. Być może kolejną, jednak z bez niej rok 2012 byłby o wiele uboższy.
   Wiem że wielu fanów będzie zarzucać Lacrimosie wtórność, wypalenie. Jednak „Revolution” to najlepszy album zespołu od 2001 roku. Pomimo kilku zapożyczeń I sentymentalnych odwołań do przeszłości album jest naprawdę udany i wraca się do niego z przyjemnością. Dzieła pokroju „Elodii” nagrywa się raz w życiu, później owe emocje wracają już tylko jako doznania pożerające teraźniejszość stając się wspomnieniami.

 ******* (7/10)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz